Atlas owadów
Atlasy to duże wydawnictwa. Grube, opublikowane w dużym formacie. Oficyny wydawnicze zlecają druk na ładnym papierze kredowym. Wszyetko pięknie, do momentu, gdy dwunastolatek nie musi tego dźwigać na plecach. Jednak krajowe szkoły wymagają, żeby uczniowie nosili pomoce naukowe ze sobą. Plecak wypchany po brzegi krzywi kręgosłup, ale nikogo to nie interesuje. Później, jak dorosną bedą się skarżyć na bóle. Tym się zajmie lekarz, ale zamiast pieniędzy w tym resorcie, lepiej wydać je na doposażenie placówek naukowych.
Obserwując, jak dzisiaj dzieci mają otwarty świat często im zazdroszczę. Obecne albumy mają dużo wyższy poziom. Są ładniej wydrukowne i fotografie są lepsze. Można je kupić i nie kosztują fortuny. W sklepach komputerowych można kupić książki multimedialne! Internet! Pojawiła się globalna pajęczyna, dzięki której można pobierać wszystko: doświadczenia, obrazkami. W internecie można obejrzeć atlas zwierząt. Dziewczęta i chłopcy - korzystajcie! Macie szerokie horyzonty, ogromne szanse rozwoju.
Przez książki narodziła się moja wielka przyjaźń z Adamem. On pożyczał mi książki o wierzętach, a ja jemu książki podróżnicze. Jako pierwszy otrzymałem atlas ptaków, bo jego tata był ornitologiem. Polskie gatunki są naprawdę fascynujące. Wciągnęło mnie to bez reszty, więc później poprosilem o atlas owadów.
Zawsze uwilbiałem czytać książki. Jestem odstępstwem od reguły. Śmieszne i trochę prawdziwe jest powiedzenie, że chłopaki nie lubią cztyać, wolą przeglądać zdjęcia. Atlasy są jakby spełnieniem ich pragnień. Mało tekstu i dużo rysunków. Zamiast podróżować (jako dziecko nie wyjeżdżałem zbyt często) można podziwiać ze światem poprzez publikacje.
Mój kumpel miał koleżankę Weronikę. Ona była pokręcona na punkcie ryb, więc od niej wziąłem atlas ryb. Sprzedała mi tego rybnego wirusa i kupiłem akwarium. Na początku gurami, ale niedługo potem ryby słonowodne. Dużo uwagi wymaga taki szklany dom. Trzeba dbać o ph wody, kupować żywe do karmienia swoich okazów itd. No, po trzech latach mi się znudziło. Jednak zainteresowanie przyrodą mi nie minęło i po ukończneniu liceum poszedłem na studia.
Gdy chodziłem do podstawówki co czwartek w moim tornistrze znajdował się atlas zwierząt. Pan od biologii męczyła nas strasznie, żeby każdy uczeń przynosił swój egzemplarz. Z perspektywy czasu wiem, czemu to służyło. Nauczyciel chciał wtłoczyć dzieciom do głowy kztałty zwierząt. Młodzieńcy oczywiście mieli to w nosie, więc nie przynosili tych książek.